sobota, 18 kwietnia 2015


--

Pogorzelisko. Wziął kartkę papieru, mimochodem narysował wszystkie swoje myśli i to tło, mury Paryża pięknego. I choć brakowało mu odrobinę miłości (cokolwiek miłość mogła znaczyć, przecież znał ją tylko z telewizji) to rysunek był wyjątkowo udany. Krzaki, po lewej Wieża Eiffla i rzeka, której wcześniej nie było, a pojawiła się w mapie jego umysłu. Rzeka była kręta i niespokojna (jak jego myśli), ale niebo szczęśliwe (jak jego ciało). Czym była miłość dla Erosa, zwanego przez przyjaciół potajemnie nieudacznikiem? (tylko gdy nie istniał). To uczucie, tak nieznane, wywoływało w jego sercu strach - strach, który kiedyś stanowiły dla niego klauni, przeobraził się w kształt młodej i pięknej kobiety. Ironicznie. I choć starał się nieudolnie zatracić w sobie potrzebę ironizowania świata i przy okazji porzucić zbędną chęć jego uwielbiania, nie umiał. Próbował przez jeden dzień to zrobić i zapewne to uczucie nazywa się ,,chęcią śmierci człowieka będącego na diecie'' (której nie doświadczył). Przez ten dzień nie miał dwóch nóg i wszędzie poruszał się maszyną zwaną umysłem.
Poczuł uderzenie dwóch monet w kieszeń jego zamszowej kurtki i zrozumiał, że:
a) jest marnym, ale wyróżniającym się artystą,
b) że jego skórzane, przedwojenne buty dziadka naprawdę zasługują na wymianę.
Podziękował młodemu turyście i zagłębił się raz jeszcze w swoje czarne myśli. Kiedy umrze, chce aby jego ciało zostało skremowane. Ba, nie myślcie, że to wymysł. Ludzie w wysokiej fazie tej choroby tak się zachowują. Samotnie przechadzają się po dachach. Karmią skrytobójcze koty. Liczą ziarenka piasku z nadzieją na wybawienie. Rysują Paryż, choć już dawno im się znudził. Krążą niczym duchy po bruku. Kaszlą z nadzieją, że ktoś zwróci na nich uwagę.
W stolicy Francji jest wiele ludzi-duchów. Nic w tym dziwnego. Stare miejsca przyciągają stare dusze. Może nie uwierzycie, ale kiedyś sam spotkał wcielenie jakiegoś francuskiego barona i o dziwo (!) nie zwrócił na niego uwagi.
Mieszka w starej kamienicy przy stacji metra Mairie d'Issy, ale chyba nikogo z was to nie obchodzi. Nie obchodzi was pewnie też to, że jego kamienica jest ciemnobrązowa, a z mieszkania wyżej spływają na jego okno fale róż. Budzi się co ranek z plamami światła na twarzy, wokół roznosi się zapach herbaty(!), jakby w jego domu mieszkał duch, parzący napoje z zaokiennych kwiatów. Budzi się zawsze w tym samym, skołtunionym swetrze z napisem ,,Pour mon meilleur'', sam nie wiedząc skąd go ma. Może nim gardzisz, ale nie powinieneś. Przynajmniej nie teraz.
Urodził się siódmego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku w Monteparnasse. Jeśli jakiekolwiek znaki miały nawiedzać jego liche narodziny, to mogły być to spadające łyżki, noże, albo klucze dzikich, szalonych gęsi. Urodził się w szpitalu, siedem kilometrów od jego domu, jego matka krzyczała aby w końcu, do cholery, go z niej wyciągnęli, lekarz próbował nieudolnie poradzić sobie z ukręconą wokół jego szyi pępowiną, a pielęgniarki omdlewały na jego nędzne krzyki, które przywodziły na myśl rysowanie talerza widelcem.
Jego dzieciństwo składało się z mozaiki; pamięta tylko niektóre fragmenty, czerwone huśtawki, wymiociny pod stołem i nieuprasowane koszule, swojego psa i moment, w którym matka zmieniła kolor włosów.
Rysunek odpływa, noszony przez wodę Sekwany.


-  -

Maria jest normalną dziewczyną. Niezbyt wysoką. Z grzywką, opadającą frywolnie na jej gładkie czoło. Jej włosy mają kolor jamnika, jej twarz jest zazwyczaj uśmiechnięta, dzisiaj rozgoryczona; granatowe oczy wilgotne, usta ma spierzchnięte, ale łagodne; przypominają fale. Nogi długie, ramiona wątłe, tors opatulony granatowym wełnianym swetrem. Przemierza ulicę Bari.
Morze płacze.
Ona płacze.
Znowu jej stopy postanawiają ugrząźć trzeci raz w tej samej dziurze; pod latarnią numer jedenaście, jej szpilki zatapiają się w kałuży; usilnie próbuje je wyciągnąć. Małe kółka walizki potykają się o kamienistą ścieżkę. Maria mija domki kurczowo ściśnięte wzdłuż drogi. Pędzi dalej, płacze.
Zastanawia się, dlaczego zawsze jej związki kończyły się klęskami. Tak skończył się związek z Jonaszem. Z Barabaszem. Z Józefem. Zastanawia się, czy zanim znajdzie tego właściwego zbierze wszystkie postaci Biblii. Pamięta wszystkie te karty z płatków śniadaniowych, które tak gorączkowo zbierał jej brat. Kiedy znajdzie w końcu schronienie (znajdzie?) z pewnością wytnie z kartek prostokąty, na których naklei zdjęcia swoich byłych.
Ma dziwną manię patrzenia ludziom w oczy. Bada każdy mikroelement powiek, analizuje każda przekrwioną żyłkę, która mimowolnie wydostaje się spod zapłakanych powiek. Widzi szaleństwo. Obsesję. Pojedyncze załamywanie światła i mrok ludzkich wszechświatów sama będąc własnym. Można nazwać Marię egoistką, ona się nie obrazi. Należy do tych, którzy się nie obrażają do momentu, kiedy jakiś kilkunastoletni mężczyzna nie zacznie dotykać jej wątłego ciała.
Nie lubi dotyku. Ludzkie dłonie pobudzają w niej niekontrolowane skurcze. Woli iść sama, płakać sama, wiązać się tylko ze względu na biblijne imiona. Skoro każdy ma parszywy oddźwięk, to niech chociaż zaspokaja fetysz nazwy. Tak lubi. Tak jest dobrze. Nijak. Ale przynajmniej to nijak jest jej na własność. W pewnym sensie lubi smutek, tak się odzwierciedla. Jeśli nikt nie mógł zapewnić jej tafli odbicia, zastępuje ludzi lustrem smutku. Tak jest dobrze. Tak lubi.